lipca 12
Nowa USS Posnania
Od początku maja po wielu bojach działa nareszcie nowa odsłona USS Posnanii - okrętu Wielkopolskiego Oddziału Gwiezdnej Floty. Oprócz strony, która ciągle jest w fazie przenoszenia zawartości z poprzedniczki przemigrowane zostało również forum. Obecnie nie wygląda to jeszcze najlepiej, ponieważ brakuje spójnej i jednolitej oprawy graficznej, ale funkcjonalność można testować już teraz. Zapraszam.
Brak Komentarzymarca 11
Star Trek z Oscarem (w końcu)
W koncu po stworzeniu 11 filmów kinowych, twórcy Star Treka doczekali się najważniejszej nagrody filmowej. Być może otrzymał go w mało prestiżowej kategorii - charakteryzacja, ale w innych technicznych nominacjach miał sporą konkurencję w postaci Avatara. Należy się jednak cieszyć, że w końcu po tylu latach i tylu nominacjach do Oscarów, Star Trek w końcu został doceniony. Mam nadzieje, że przetrze to drogę dla kolejnych nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej w przyszłości, może nawet za najlepszy film…;)
Brak Komentarzylutego 18
Star Trek Online
Mój pierwszy wpis na temat gry komputerowej nie mogł być niezwiązany ze Star Trekiem. Otóż 2 lutego światło dzienne ujrzał Star Trek Online, jak można się domyślać jest to MMO usytuowany w największym uniwersum science-fiction. Musze przyznać, że czytając wiadomości o przygotowaniach do tej elektronicznej zabawki byłem bardzo negatywnie nastawiony. Z wszystkich opisów wynikało, że to nie będzie nic innegojak World Of WarCraft w kosmosie, a liczyłem na coś o wiele bardziej ambitnego. Jednak po testowaniu STO podczas otwartych testów beta moja opinia diametralnie się zmieniła. Oczywiście jest to poniekąd odmiana WoW’a, jednak wszystkie trekowe smaczki jakie się w niej kryją, fabuła misji, sceneria układów planetarnych robią bardzo dobre wrażenie. Niech ostateczną oceną będzie fakt, że jest to moja pierwsza gra MMO, w której sidła zostałem złapany, mimo tego, że trzeba płacić abonament, aby w nią grac:). Polecam każdemu, kto szuka jakiejś odmiany w grach online’owych a tym ba4rdizej każdemu fanowi Star Treka.
Brak Komentarzywrześnia 24
TNG 6×24 - Second Chances
Enterprise otrzymał misje odzyskania danych pozostawionych przez naukowców na planecie Nervala IV podczas pospiesznej ewakuacji sprzed 8 lat. Co ciekawe, w owej operacji brał również udział William Rikier, świeżo upieczony wówczas porucznik służący na USS Potemkin. Kiedy Away Team przenosi się na powierzchnię, komandor Data wykrywa, że w opuszczonej placówce znajduje się niezidentyfikowany humanoid. Jak się okazuje, jest to… William Riker. Jak szybko wyjaśniono, podczas ewakuacji nastąpiła awaria transportera, który zduplikował wzorzec osobowy - obecny pierwszy oficer Enterprise’a przeniósł się zgodnie z planem na okręt, natomiast druga kopia została na planecie.
Odcinek jest bardzo mocno skupiony na postaci Rikera (jak nietrudno można było się domyślić:P). Dowiedzieć można się chociażby tego, na jakim okręcie służył, jak wyglądał wcześniej jego związek z Deaną Troi, jak podejmowane przez niego decyzje wpłynęły na jego życie, a nawet tego, że od dziesięciu lat nie może się nauczyć grać na puzonie utworu pod tytułem “Nightbird”. Jednak najciekawsze jest ukazanie jaki duży wpływ ma na człowieka życie przez długi czas w osamotnieniu oraz jak istotnie wpływają na niego uczucia i podejmowane trudne decyzje. Na przykładzie dwóch Rikerów bardzo dobrze widać jak bardzo ludzie się zmieniają pod wpływem odmiennych zewnętrznych bodźców. 8 lat temu byli przecież identycznymi osobami, teraz pod względem osobowości są niemalże jak przysłowiowe ogień i woda. Pobudza to do refleksji i pozostaje w głowie przez dłuższy czas. Ostatecznego smaczku dodaje fakt, że całą historię wywowołał tak powszechnie stosowany transporter - ukazuje to, że nie jest to wynalazek całkowicie niezawodny i jego usterka może wywołać niespotykane w naszych czasach konsekwencje.
“Second Chances” to bardzo interesujący odcinek i spokojnie można stwierdzić, że należy do czołówki najlepszych epizodów “The Next Generation”. Jest w nim wszystko czego oczekuje się od Star Treka - skupienie się na bohaterach, inteligentny i uniwersalny przekaz, przybliżenie technologii XXIV wieku i przede wszystkim ciekawy pomysł. Najlepszym dowodem na to jest fakt, że w “Deep Space Nine” pewien epizod będzie nawiązywał do opisywanego tutaj odcinka. Żaden miłośnik science-fiction nie może nie obejrzeć “Second Chances”.
Brak Komentarzywrześnia 17
District 9
Sam zwiastun najnowszej produkcji firmowanej nazwiskiem Petera Jacksona jest ciekawy i przyciągający uwagę. Tak naprawdę po jego obejrzeniu nic do końca nie wiadomo, a jednocześnie powoduje to, że z pewną dozą niecierpliwości oczekuje się na film. Zatem pierwszy krok do sukcesu osiągnięty - zmontowanie dobrego trailera. Na szczęście twórcy na tym nie poprzestali i zrobili bardzo interesujący film. Co w nim takiego ciekawego? Postaram się zaraz to przybliżyć.
Od samego początku “District 9″ miło zaskakuje. Film rozpoczyna się w coraz modniejszej ostatnio konwencji blair-witch-projectowej:D, czyli niejako paradokument. Drugą jeszcze milszą niespodzianką jest to, że obcy lądują… w Johannesburgu. W końcu nie był to Nowy Jork albo L.A. tak uwielbiane przez wszystkich innych przybyszy z odległych planet. Widać jednak nie każdy alien lubi amerykańskie fast foody:P. I tak w latach 80-tych XX wieku nad afrykańska metropolią zjawia się ogromny statek w kształtem przypominający spodek (bo jakże by inaczej;P). Przestraszone władze wysyłają wojsko do zbadania zamiarów obcych. Jak się okazuje, statek zamieszkują setki tysięcy owadopodobnych dwunożnych istot, które od razu nazwano krewetkami. Co więcej, wnętrze spodka przypominały slumsy - nie tego spodziewano się po rasie mogącej odbywać podróże międzygwiezdne. Natychmiast przetransportowano wszystkich obcych do wyznaczonego regionu Johannesburga - Dystryktu 9. Po 20 latach od wspomnianych wydarzeń władze miasta miały dość niepokoju społecznego i postanowiły się pozbyć kłopotu, przesiedlając cała populację krewetek w nowe miejsce, z dala od ludzi, gdzie będzie można nad nimi lepiej zapanować. W tym właśnie momencie zaczyna się właściwa akcja filmu. Przez pierwsze pół godziny, oglądamy na ekranie reportaż z akcji wysiedleńczej. Główny bohater stara się uzyskać zgodę na zmianę miejsca zamieszkania obcych, poprzez otrzymanie ich podpisów na stosownym formularzu. Wygląda to poniekąd komicznie, co więcej nie zauważyłem, żeby jakakolwiek krewetka taki podpis złożyła:). Sprawy zaczynają się komplikować, gdy nasz bohater zostaje przypadkowo spryskany czarną tajemniczą substancją. Od tego momentu reportaż zmienia się w klasyczną fabułę. Co się dzieje dalej? Oczywiście tego już nie powiem, co by nie spoilerować:D
Film ogląda się bardzo przyjemnie, efekty specjalnie są całkiem dobre i przede wszystkim nie dominują nad pozostałymi aspektami “Dystryktu”. Na pochwałę zasługują postacie obcych - ciekawa wizja rasy i dobra animacja komputerowa cieszą oko. Cała technologia krewetek również zasługuję na słowa uznania - znów twórcy postawili na odmienność, chociaż zagorzali fani japońskiego anime zauważy tu sporo nawiązań, ale przeniesienie takiej idei zaawansowanej technologi do filmu aktorskiego jest ciągle rzadkością i mnie osobiście się podoba. Kończąc zachwalanie krewetek, warto wspomnieć o ich języku. Mianowicie obcy porozumiewają się ze sobą, ale widz nie jest w żaden sposób stwierdzić, co dokładnie mówią, ponieważ nie pojawiają sie żadne napisy z tłumaczeniami. Ten zabieg też przypadł mi do gustu - zwiększa on realizm sytuacji przedstawianych na ekranie. Oczywiście “Dystrykt 9″ nie jest pozbawiony wad. Największą z nich jest bez wątpienia główny wątek. Brakuje mu świeżości, jest wręcz banalny i po obejrzeniu filmu czuje się co najmniej niedosyt, tym bardziej, że sam początek rozbudza apetyt na coś ciekawszego. Mamy tu do czynienia z klasycznym schematem: trzeba coś wykraść/znaleźć/zniszczyć aby był happy end, ze spora dozą eksplozji tuż przed napisami końcowymi. Oczywiście psuje to finalny odbiór filmu i powoduje, że mimo interesujących ciekawostek zastosowanych w “Dystrykcie” film ten pozostanie przeciętniakiem i kolejnym filmem z niewykorzystanym potencjałem.
Podsumowując jest to produkcja, którą mimo wszystko warto obejrzeć, jednak nie należy spodziewać się po niej żadnej rewolucji. “Dystrykt 9″ próbuje przemycić odrobinę nowatorstwa do filmów science-fiction, jednak jest to przemyt na zbyt małą skalę. Gdyby tylko scenariusz był bardziej dopracowany mógłby to być naprawdę film zasługujący na miano kultowego, a tak pozostanie jedynie ciekawostką. Ostatecznie oceniam go na 6,75/10.
Brak Komentarzywrześnia 2
Little Britain

Ostatnimi czasy mam nieodpartą i jak na razie nienasyconą ochotę oglądania dobrych seriali komediowych. Przede wszystkim ze względu na rozrywkę poprawiającą nastrój, ale także ze względu na formę - 20 minutowe odcinki są idealne jeśli nie chce się tracić większej ilości czasu. Ponieważ sezon ogórkowy w serialach w pełni, a klasyki typu “Friends”, “Latający Cyrk Monty Pythona”, czy “The Simpsons” znam na pamięć, musiałem znaleźć sobie jakiś nowy ciekawy tytuł. Na szczęście z pomocą przyszła mi siostra i podsunęła “Little Britain”. Wydało mi się to strzałem w dziesiątkę: brytyjski humor, na dodatek współczesny, dobre opinie, znany tytuł. Od razu zabrałem się za oglądanie i pochłonąłem cały serial w kilka dni.
Konwencja “Małej Brytanii” przypomina nieco tą z produkcji mojego ulubionego Monty Pythona - krótkie skecze, grane przez grupkę tych samych aktorów. Różnica polega jednak na tym, że w tym przypadku gagi związane są często z tymi samymi postaciami. Zatem w każdym odcinku mamy kilka sytuacji związanych chociażby z niepełnosprawnym Andym i jego przyjacielem Lou, czy też z klubem osób walczących z nadwagą. Wszyscy bohaterowie tutaj przedstawieni mają być przekrojem współczesnego brytyjskiego społeczeństwa i jego wad:). W każdym odcinku przejścia między skeczami ubarwia narrator, który często rozśmiesza nie gorzej niż same scenki.
Jeśli chodzi o jakość samej rozrywki, która rzecz jasna w tego typu serialach jest sprawą najważniejszą, to ciężko ją jednak znacznie ocenić. Oczywiście jest to bez wątpienia angielski, często absurdalny humor, czyli nie ma co się oszukiwać, nie każdemu przypadnie do gustu. Osobiście jest to dla mnie plus tego serialu - przydała się odmiana od wszystkich amerykańskich produkcji. Same skecze i postacie są bardzo nierówne i to z różnych względów. Często po kilku scenkach tego samego typu, gagi stawały się przewidywalne. Nie byłoby to może aż tak złe gdyby nie fakt, że były również mniej śmieszne, tak jakby twórcom brakowało pomysłów. Na minus zasługuje również poziom niektórych żartów. W kilku przypadkach skecze były wręcz dla mnie niesmaczne (np. nastolatek z blokowiska i jego preferencje co do babci kolegi, czy starsza kobieta nie trzymająca moczu). Niestety w takich przypadkach jest to ta sama półka co np. polski “Człowiek biegunka” GIT Produkcji - na ekranie dzieje się zawsze to samo, zmienia się tylko tło. Na szczęście te mniej kontrowersyjne historie bardzo często wywoływały uśmiech na mojej twarzy i sprawiały, że zaraz po zakończeniu jednego odcinka sięgałem po kolejny. Na pochwałę zasługuje też wyeksponowanie przez twórców przywar współczesnych Brytyjczyków (chociaż można by w wielu przypadkach rozszerzyć zakres do mieszkańców całej Europy). Niemiłosiernie i oczywiście z karykaturalną przesadą wytykane są: nietolerancja, hipokryzja, angielska flegma i tak dalej. Jednak największą zaletą “Małej Brytanii” jest gra aktorska. Matt Lucas i David Williams dali genialny popis swojego talentu. Każda kreowana przez nich postać doskonale parodiowała osoby “z życia wzięte”. Dodatkowo dzięki świetnej charakteryzacji wachlarz bohaterów skeczy był ogromny (zaczynając od transwestyty, poprzez geja-nie-geja, przewodniczącą klubu walczących z nadwagą, kończąc na czarnoskórej puszystej żonie bogacza i tajlandzkiej imigrantce).
Podsumowując, “Little Britain” to dobry serial komediowy, jednak na pewno nie każdemu przypadnie on do gustu. Jeśli ktoś nie przepada za brytyjskim, często absurdalnym humorem, to prawdopodobnie nie przebrnie do końca jednego odcinka. Podobnie ludzie wrażliwi na tematy kontrowersyjne i tabu, mogą wręcz czuć odrazę i dziwić się jak w ogóle mógł się ten serial doczekać 3 sezonów. Dla mnie jest to … niezła (miałem napisać przyzwoita, ale w tym kontekście chyba nie do końca to słowo pasuje:P) komedia, której jednak czegoś brakuje, aby można ją ogłosić następcą (tudzież spadkobiercą) Monty Pythona.
Brak Komentarzysierpnia 27
Warehouse 13
Do tego najnowszego tytułu ze stajni SyFy (dawniej Sci-Fi Channel) podchodziłem bardzo sceptycznie. Jednak pewnego dnia z braku jakiegokolwiek innego pomysłu na zabicie wolnego czasu sięgnąłem po “Warehouse 13″. Usiadłem przed odcinkiem pilotowym z oceną fabuły typu: “głupie, ale może akurat się uda”, bo trzeba przyznać, że na pierwszy rzut oka nie wydaje się porywająca - serial opowiada o tytułowym magazynie, gdzie składowane są różne przedmioty o dziwnych właściwościach, a dzielni agenci (w tym przypadku Secret Service) w każdym odcinku mają tropić kolejny gadżet do magazynowej kolekcji. Trąci to banałem i wtórnością na kilometr. Jednak mój poziom znudzenia był zbyt wysoki, aby mogło mnie to odstraszyć:)
Co ciekawe, obejrzałem cały odcinek, bez ziewania, narzekania czy oburzenia. Może konstrukcja odcinka nie była zbyt skomplikowana, ale z drugiej strony było w tym to legendarne “coś”. Bardzo możliwe, że wpływ na moje odczucia miała też spora dawka humoru - fakt banalnego i niewyszukanego, ale po pierwsze czasem taki właśnie lubię, a po drugie jakoś to pasowało do całej reszty. Poza tym na pochwałę zasługuje postać Artie’go - szefa magazynu, świetnie granego przez Saula Rubinka, znanego chociażby z roli Fajo, z jednego z najbardziej znanych odcinków Star Trek The Next Generation. Jeśli chodzi o samą fabułę, to ciekawym zabiegiem jest wykorzystywanie niektórych skolekcjonowanych w magazynie przedmiotów przez agentów podczas ich misji/spraw. Inną kwestią jest, że nawet jeśli dany sprzęt ma jakieś podwaliny naukowe (np pistolet Tesli), to i tak bardziej to wygląda jak zabawy magiczną różdżką, niż gadżet z serialu science-fiction. Ostatnim plusem serialu (przyznam, że całkowicie subiektywnym) jest postać atrakcyjnej agentki Myki Bering, która skutecznie umilała oglądanie każdego odcinka. Niestety mimo tych wszystkich pozytywnych aspektów serial pozostaje w sferze produkcji mało oryginalnych i poniekąd całkowicie nijakich.
Jednak połączenie szarej fabuły z wszystkimi zachwalanymi przeze mnie zabiegami twórców powoduje, że ostatecznie “Warehouse 13″ całkiem przyjemnie się ogląda. Na pewno nie jest to arcydzieło i na pewno ortodoksyjny miłośnik sci-fi nie zostanie jego stałym widzem, ale fani X-files mogą dopatrzeć się w nim
czegoś ciekawego, a i przeciętny entuzjasta szeroko pojętej fantastyki nie zasiądzie przed ekranem z obrzydzeniem na twarzy.
sierpnia 27
Defying Gravity
2 Sierpnia amerykańska stacja ABC rozpoczęła emisje swojego nowego serialu science-fiction “Defying Gravity”. Fabuła tej nowej serii zapowiada się naprawdę ciekawie. Potwierdza to chociażby fakt, że inspirowana jest paradokumentalnym miniserialem BBC “Odyseja Kosmiczna - podróż do innych planet”. I tak, “Defying Gravity” opowiada o międzynarodowej, załogowej misji kosmicznej, która ma na celu zbadać 7 planet Układu Słonecznego. Codzienne życie ósemki astronautów na pokładzie Antaresa, jest nagrywane i przesyłane na Ziemie w postaci dokumentu-reality show.
Po obejrzeniu dwóch pierwszych odcinków mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że serial ten zapowiada się naprawdę ciekawie. Nie dość, że wypełnił swoistą lukę na rynku seriali science-fiction - opowiada o podróży kosmicznej, ale nie z odległej przyszłości, gdzie różnego rodzaju napędy nadświetlne są codziennością, a z obcym z innej planety możesz pójść na piwo. Zamiast tego obserwujemy pionierskie zmagania się ludzkości z długoterminowymi misjami, na dodatek w połowie naszego obecnego wieku. Czegoś takiego jeszcze nie było. Poza tym, należy pochwalić twórców za dobre przygotowanie modelu Antaresa, niezłe efekty specjalne, bardzo dobrze dobraną ścieżkę dźwiękową i wiarygodne przedstawianie wszystkich procedur, reguł, przepisów jakie obowiązują w przygotowaniach i już samej misji. Dodatkowo scenarzyści również się postarali i dorzucili do fabuły bardzo ciekawy, tajemniczy element. Póki co zachęca on do ogldania kolejnych epizodów. Obawiam się jedynie, że jak to jest w takich przypadkach potencjał ten zostanie zmarnowany. Na ocenę samych bohaterów trzeba będzie jeszcze poczekać na rozwój fabuły, jednak na razie wygląda to całkiem nieźle, chociaż postać, która wzbudziła we mnie największą sympatię, po 2 odcinkach twórcy zamierzają, prawdopodobnie fabularnie usunąć z serialu. Poza tym brakuje mi elementów humorystycznych, tudzież klasycznego serialowego błazna. Być może nie pasowałby do ogólnego klimatu w jakim utrzymana jest fabuła “Defying Gravity”, jednak mi osobiście tego brakuje.
Podsumowując zapowiada się, że będzie to dość ciekawa propozycja dla każdego miłośnika science-fiction, pod warunkiem, że scenarzyści nie przekombinują, a jednocześnie utrzymają poziom z dwóch pierwszych odcinków.
Brak Komentarzysierpnia 21
Starship Troopers 3: Marauder
Produkcja: USA, 2008
Gatunek: Science-Fiction
Reżyseria: Edward Neumeier
“Å»ołnierze Kosmosu”… Jeden z kultowych dla mnie filmów science-fiction, klasyk nad klasykami. Jedna z tych produkcji, do której wracam dość regularnie. Doba fabuła okraszona atmosferą propagandowych spotów informacyjno-reklamowych, dobre efekty specjalne i niezwykły wróg ludzkości - ogromne owady:D. Jednym słowem wszystko, czego potrzeba do zrobienia dobrego filmu fantastyczno-naukowego., Niestety później przyszedł czas na drugą cześć, której wtórność, bez sens i brak polotu aż porażał - nic tylko zapomnieć o tej cieniutkiej produkcji. Dlatego sceptycznie podchodziłem do informacji o tworzeniu kolejnej części filmu. Nastawienie zmieniłem dopiero, gdy okazało się, że w filmie pojawi się stary dobry Johnny Rico - bohater z pierwszych Trooperów. Wróciły wręcz nadzieje, że doczekamy się wszyscy godnej kontynuacji tego klasyka.
Na samym początku znowu mile się zaskoczyłem, ponieważ główną rolę kobiecą odgrywała Topola z Enterprise - Jolene Blalock. Wszystko zaczęło układać się po mojej myśli. Niestety tylko do czasu… Oczywiście już na początku przewidziałem zakończenie (mniej więcej, bo takiego kretynizmu to bym się w życiu nie domyślił - nie ten poziom:P). Dodatkowo wszędzie widać oszczędności na efektach specjalnych, oraz niedoświadczenie i brak wizji reżysera, którego był to debiut. Jedyne co poprawia odbiór “Starship Troopers 3″ to wstawki propagandowe Federacji, które starały się wprawdzac atmosfere z kultowej jedynki. Jest to jedyny element filmu, który oceni moge pozytywnie, reszta to przeciętnośc podszywana miernotą i brakiem funduszy. Szkoda, bo można było z tego scenariusza nieco więcej wydoby a po modyfikacji mógłby się stac naprawdę godnym następcą pierwszych “Å»ołnierzy Kosmosu”.
Zatem, przechodząc do oceny,, mogę to ując jedynie tak: Kiepsciocha! Poprzez sentyment do pierwowzoru i potencjału jaki drzemał w tym filmie oceniam “Starship Troopers 3: Marauder” na 6/10.
Brak Komentarzysierpnia 5
Mutant Chronicles
Produkcja: 2008,USA
Gatunek: Science-Fiction
Reżyseria:, Simon Hunter
“Doom Trooper” - karcianka, na którą, wydałem w odległej młodości nie małą sumkę szczególnie jak na szczyla z podstawówki:) Ale był to mój pierwszy kontakt z grami karcianymi typu CCG (Customable Card Game). Ciężko co prawda było grac w moim małym mieście, ale niewielka ekipa zawsze sie znalazła. Jednym słowem dążę Doom Troopera wielki sentymentem (Ciągle mam swoją talię). Pomyślicie: dlaczego o tym wspominam?? Ano Doom Trooper dzieje się w świecie Mutant Chronicles… Przyznam szczerze, że jak zasiadałem do opisywanego w tym artykule filmu to nie skojarzyłem faktów. Jednak wystarczył mi wstęp i wyliczenie przez narratora magicznych niemal dla mnie nazw: Mishima, Imperial, Capitol, Bauhaus - korporacji znanych z gry, no i oczka mi się zaświeciły. W tym momencie, przyznam się bez bicia, uznałem ten film za dobry i skazany na wysoką ocenę:P Oczywiście, jak to w filmowych adaptacjach bywa, nie obyło się i tutaj bez kontrowersyjnych i można by rzec nawet zaskakujących decyzji na etapie tworzenia scenariusza. Porzede wszystkim zabrakło piątej korporacji - Cybernetronic, co jest o tyle nie zrozumiałe, że fabuła skonstruowana w filmie nie przeszkadzała by temu. Co więcej boli tak marginalna rola Bractwa oraz nie nazwanie po imieniu Legionu Ciemności ( w filmie sa to tytułowi mutanci). Jeśli chodzi o wprowadzenie do fabuły, to postanowiłem tym razem całkowicie sobie to odpuścić, mam tylko nadzieje, że starzy gracze i tak film obejrzą, a nieświadomych zachęciłem mimo wszystko:D.
“Kroniki Mutantów” w całości są wyprodukowane techniką green screena i przypomina w tym kontekście takie tytuły (swoja droga dobre, bardzo dobre i znakomite) jak “300″, “Sin City”, czy “Sky Captain And The World of Tomorrow”. Innymi cała scenografia jest wykonana komputerowo, a aktorzy grają na tle zielonego (dawniej niebieskiego) płótna, które potem jest zastępowane odpowiednim “widoczkiem”. Efekty specjalne trzymają poziom i moim zdaniem radują oko, szczególnie, że wszelkie machiny wojenne i pojazdy latające są wykonane naprawdę świetnie i pomysłowo. W prawdzie nie przypominam sobie takiej technologii w kartach, ale pomysł zasługujący na słowa uznania. Pojazdy latające są napędzane na starą poczciwą parę wodną, mimo że ludzkość opanowała już kosmos i jest XXVII wiek. Zaskakująca wizja, ale wieje od niej świeżością i jeszcze raz to podkreślę - pomysłowością. Poza tym, na pozytywny odbiór tego filmu wpływają również takie smaczki jak interesujące i oryginalne modele broni, na których widok znów przypomina mi się karcianka i mile spędzone przy niej chwile. Ale takich miłych, szczególnie dla byłego gracza jest więcej, jak na przykład kartoteki głównych bohaterów, które przedstawia brat Samuel. Na koniec superlatyw chciałbym jeszcze podkreślić dobrą obsadę tej produkcji: Ron Pearlman (tytułowy Hellboy), Thomas Jane (tytułowy Punisher) oraz epizod Johna Malkovicha, no i najważniejsze, że gra aktorska nie przeszkadzała:)
Z drugiej strony, na minus może zasługiwać mimo wszystko nie do końca wciągająca fabuła i kilka niedociągnięć (ale któremu filmowi się takie, błędy nie przytrafiają) jednak nic poważnego “kronikom” zarzucić nie mogę. Ostatecznie, może trochę ze względu na sentyment do Doom troopera oceniam film na 7.75/10. Jednak myślę, że i bez mojej pomocy film sam się broni i posiada walory, który każdy z fanów science-fiction doceni. Poza tym, mimo kontrowersyjnego dla graczy scenariusza jest to lektura obowiązkowa, każdego Doom Trooperowicza.
Brak Komentarzy